Powiadomienie ;)

piątek, 30.września.2011, 01:36
Hej, wiecie co?
Zostałam splagiatowana!
Zapraszam na www.ich-milosc.blog.onet.pl, jak ktoś ma ochotę poczytać collision przy innym wystroju graficznym.
Bardzo dziękuje Elfi, za zasygnalizowanie tego problemu.

Ret.
PS. Ja tu niedługo wracam, obiecuje.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XVI - Don't make me say it out loud.

poniedziałek, 27.września.2010, 22:30
So don't make me wait, honey
Don't make me say it out loud
Don't hesitate now honey
Or it will all fall down

I suck. Ale spokojnie, powoli uczę się tego opowiadania na nowo.
Dla Marty, oczywiście.



Stał nieruchomo, ze wzrokiem wbitym w lśniącą taflę jeziora i dłonią zaciśniętą bezmyślnie na lewym przedramieniu. Szorstki materiał płaszcza nieprzyjemnie drażnił rozgrzaną skórę, przyprawiając go o dreszcze. Wyraźnie czuł pod palcami pulsujące ciepło, lepkie i obrzydliwe. Ból promieniujący ze znaku był nie do zniesienia, ostry i mdlący, w niczym nie podobny do tego, do którego przywykł przez ostatnie miesiące.
A jednak w jakiś chorobliwy sposób przynosił mu ukojenie.
Zacisnął powieki, czując na twarzy lodowaty podmuch wiatru. Październik powoli chylił się ku końcowi i temperatury były coraz niższe, a niebo bezustannie zasnute grubą warstwą chmur. W powietrzu unosił się intensywny zapach mchu i wilgotnych liści, których potężne stosy piętrzyły się teraz wzdłuż ścieżki wiodącej do zamku. Błonia były kompletnie opustoszałe i jedynie potężna sylwetka Hagrida majaczyła w oddali, na drugim brzegu jeziora.
Draco zaklął pod nosem, rozkopując butem rozmokłą ziemię.
Był zdezorientowany, sparaliżowany strachem i niepewnością, przytłoczony myślą, że po raz pierwszy w życiu może polegać tylko na sobie. Bez jasno określonych zasad i ojcowskich komend czuł się bardziej zagubiony niż chciałby się do tego przyznać.
Nikt nigdy nie wymagał od niego niczego więcej niż tylko bezwzględnego posłuszeństwa. Przez siedemnaście lat żył według ścisłych instrukcji, hołdując ideom wśród których go wychowywano. Zbyt przerażony by dopuścić do siebie jakiekolwiek wątpliwości, upychał uczucia głęboko w sobie, ukrywając strach za fasadą ironicznych uśmiechów i pogardliwych wzruszeń ramionami. Zepchnął na bok prawdziwego Draco i nauczył się oglądać świat oczami ojca, bo tak było łatwiej i bezpieczniej.
Jakkolwiek idiotycznie i sztampowo mogło to brzmieć, nie wiedział kim jest naprawdę. Lata biernego podążania śladami ojca sprawiły, że granica między prawdą i fałszem powoli się zatarła. W tej chwili nie miał pojęcia gdzie kończy się marna kopia Lucjusza, a zaczyna prawdziwy człowiek.
— Malfoy?
Pogrążony we własnych myślach nawet nie zauważył gdy pojawiła się obok niego, z włosami upiętymi w niedbały kok i policzkami zaróżowionymi od zimna. Bez słowa chwyciła go za ramię i delikatnym ruchem zmusiła do spojrzenia sobie w oczy, przez kilka sekund uważnie studiując jego twarz.
— Twoja matka była zbyt zajęta wpychaniem w siebie jedzenia żeby nauczyć cię podstawowych manier, Weasley? Nie ładnie się tak gapić.
Cofnęła się, urażona, w ułamku sekundy wypuszczając go z uścisku. Z rękami założonymi na piersi i pogardliwie wydętymi wargami wydała mu się nagle zaskakująco Ślizgońska.
— Dobrze, że przynajmniej ty jesteś dżentelmenem — sarknęła, zaciskając wargi.
Wzruszył ramionami, odruchowo zaciskając palce na lewym przedramieniu i wbijając wzrok ziemię. Musiała dostrzec grymas bólu, który wykrzywił mu wargi, bo ton jej głosu nagle złagodniał.
— Bardzo boli?
Unikała jego spojrzenia, zupełnie jakby nie była pewna czy ma prawo wymagać odpowiedzi. Wiedział, że nie ma sensu jej okłamywać, ale prawda nie chciała przejść mu przez gardło. Wzruszył ramionami, nie spuszczając z niej wzroku.
— Mogę zobaczyć?
Nim zdążył zaprotestować jej drobne palce musnęły skórę jego dłoni i zaczęły piąć się wyżej, podciągając ku górze gruby rękaw płaszcza. Jak zahipnotyzowany wpatrywał się w jej drżące dłonie, torujące sobie drogę między kolejnymi fałdami materiału i sunące powoli wzdłuż linii jego żył. Powinien był odejść, wykrzyczeć jej w twarz, że nie ma prawa go dotykać, ale nie mógł wydusić z siebie słowa. Każdy centymetr jego ciała boleśnie domagał się jej obecności i nagle dotarło do niego, że nie jest w stanie się poruszyć.
Uniósł wzrok, czując na sobie jej przeszywające spojrzenie. Obserwowała go uważnie, szukając w jego oczach przyzwolenia i akceptacji. Była przerażona, być może bardziej niż on sam.
Bezmyślnie skinął głową, pozwalając jej odsłonić ostatni fragment przedramienia. Wykrzywił wargi w ponurym grymasie; czuł się nagi i upokorzony, obdarty z resztek dumy i godności, a jednocześnie nie potrafił odnaleźć w sobie siły by jej odmówić. Nie mógł znieść myśli, że jest kompletnie uzależniony od jej dotyku.
Spuściła wzrok, wodząc spojrzeniem po czarnych konturach znaku. Głowa węża zdawała się wić na jego skórze, wysuwając się i wsuwając do wnętrza czaszki w powolnym, hipnotyzującym rytmie. Coś co zawsze wyobrażała sobie jako najzwyklejszy tatuaż, okazało się być potężną sczerniałą blizną, odznaczającą się obrzydliwie na tle mlecznobiałego ciała. Jęknęła, z trudem tłumiąc mdłości. Walcząc z obrzydzeniem musnęła pofałdowaną skórę, czując jak Draco drży pod wpływem jej dotyku. Blizna była ciepła i sprawiała wrażenie świeżej, choć od jego Inicjacji minęło już wiele miesięcy. Nagle poczuła, że nie może oddychać. Gwałtownie cofnęła dłoń.
— Koniec przedstawienia, Weasley.
Podniosła wzrok, napotykając jego zimne spojrzenie. Widziała w jego oczach wściekłość i rozgoryczenie, z trudem nad sobą panował. Bez słowa wyrwał ramię z jej uścisku i przeklął.
— Nie powinienem był ci tego pokazywać — warknął, ze złością obciągając rękaw płaszcza. — I tak masz już wystarczająco dużo powodów żeby mnie nienawidzić.
Zacisnął wargi, walcząc z przemożoną chęcią palnięcia sobie w łeb. Dlaczego chociaż raz w życiu nie mógł trzymać gęby na kłódkę?
Wydawała się zbita z tropu jego słowami i tak samo zaskoczona jak on. Wepchnęła ręce do kieszeni i przygryzła wargi, przestępując z nogi na nogę.
— Mimo wszystko chyba już nie potrafię cię nienawidzić — rzuciła, uśmiechając się lekko i powoli kierując w stronę zamku. —Do zobaczenia jutro na meczu, Malfoy.





Wszedł do Pokoju Wspólnego na drżących nogach, udając że nie wyczuwa unoszącej się w powietrzu atmosfery napiętego oczekiwania i ekscytacji. Rozejrzał się niepewnie, sunąc spojrzeniem po ściągniętych ponurą satysfakcją twarzach pozostałych uczniów. Obserwowali go, śledząc każdy jego ruch i wyszczerzając zęby w ironicznych uśmiechach. Przypominali stado hien, okrążających powoli swoją ofiarę i gotowych w każdej chwili rzucić się do ataku.
— Malfoy. — Zimny głos Milesa Bletchleya przerwał panującą w pomieszczeniu ciszę, odbijając się echem od kamiennych ścian Pokoju Wspólnego. — Jak miło, że wreszcie do nas dołączyłeś.
Przez salę przetoczyła się salwa śmiechu i złowieszczych okrzyków. Draco beznamiętnie patrzył na te wyćwiczone grymasy i dumne spojrzenia, nie mogąc powstrzymać ironicznego uśmiechu. W innych okolicznościach większość ze zgromadzonych tu uczniów nie miałaby wystarczająco dużo odwagi by stanąć z nim twarzą w twarz — teraz jednak, przeświadczeni o własnej przewadze, jak jeden mąż rzucali mu spojrzenia pełne pogardy i nienawiści. Zabawne, że tylko w takich sytuacjach Ślizgoni potrafili się naprawdę zjednoczyć.
— O co chodzi? — rzucił, wpychając ręce do kieszeni.
Miles wzruszył ramionami i wystąpił z tłumu, a chwilę później jego śladem poszli pozostali członkowie drużyny. Stali tak, z rękami założonymi na piersiach, a ich oczy lśniły w blasku żarzącego się paleniska. Trzynastu przeciw jednemu.
— Najwyraźniej przeceniłem twoje zdolności intelektualne, Malfoy — mruknął Bletchley, wzruszając ramionami. — Ale czego innego mogłem się spodziewać? Rozmawiam z człowiekiem, który sprzeciwił się Czarnemu Panu.
Słowa uwięzły mu w gardle i nagle poczuł, że brakuje mu powietrza. Nie spodziewał się konfrontacji.
Jego porażka w sprawie Dumbledore’a była tajemnicą poliszynela, kwestią zbyt delikatną i poważną, by ktokolwiek odważył się otwarcie o niej dyskutować. Wiedział, że kiedyś nadejdzie moment, w którym ludziom przestaną wystarczać złośliwe uwagi i wściekłe spojrzenia rzucane ukradkiem na korytarzach. Wciąż jednak żył naiwną nadzieją, że wkrótce cała sprawa ucichnie, a on nigdy nie będzie musiał stawić czoła czerwcowym wspomnieniom.
Tymczasem stał tutaj, czując na sobie przeszywające wzrok pozostałych domowników i nie mogąc wydusić z siebie słowa. To była publiczna egzekucja, ponury spektakl, który miał przypomnieć mu gdzie jego miejsce. W ich oczach był wyrzutkiem, namiastką człowieka, którego ostatnie miesiące pozbawiły resztek dumy i godności.
— Chodzi o ciebie, smoku. — Bletchley nie spuszczał z niego wzroku. Wykrzywił wargi w sztucznym uśmiechu i wyciągnął z kieszeni niewielką książeczkę obitą ciemnozieloną skórą. Leniwym gestem przerzucił kilka pożółkłych stron i chwilę później jego niski głos rozbrzmiewał echem w całym pomieszczeniu.
— Członek drużyny może zostać usunięty z kadry na drodze demokratycznego głosowania przeprowadzonego wśród pełnoprawnych członków drużyny, jeśli jego postawa naraża na szwank reputację zespołu i wzbudza obiekcje pozostałych zawodników — wyrecytował, mierząc go pełnym wyższości spojrzeniem. Nawet nie zerknął na trzymany w rękach notes; regulamin był tylko niepotrzebnym dodatkiem, rekwizytem w perfekcyjne wyreżyserowanej scence. Każdy jego gest i każde słowo miały na celu jeszcze bardziej ośmieszyć go w oczach pozostałych Ślizgonów.
— Mam nadzieję, że rozumiesz co to oznacza.
— Nie możesz mnie wyrzucić — warknął Draco, starając się by jego głos brzmiał pewnie i stanowczo. Z trudem nad sobą panował. — Nie znajdziecie zastępstwa na czas.
— Obaj wiemy, że rezerwowy skład jest w szczytowej formie. Sam o to zadbałeś, kapitanie — rzucił Miles lekceważąco, zakładając ręce na piersi. Skinął głową w kierunku wysokiego, ciemnowłosego piątoklasisty po swojej lewej stronie. — Jestem pewien, że Davies świetnie sprawdzi się w roli nowego Szukającego.
W pomieszczeniu zapanowała cisza, przerywana jedynie ich ciężkimi oddechami. Draco zacisnął pięści, ze wszystkich sił starając się nie krzyknąć. Uderzyli w najczulszy punkt, bezlitośnie odbierając mu jedyną rzecz na której naprawdę mu zależało. Nagle dotarło do niego, że w tej bitwie to on był wielkim przegranym.
— Wydaje mi się, że w takim razie możemy wreszcie przejść do rzeczy. Proszę o głos wszystkich tych, którzy popierają wniosek o permanentne usunięcie Dracona Malfoya z reprezentacji szkoły.
Otoczył go las uniesionych rąk.




Siedziała na opustoszałych trybunach z twarzą zwróconą ku słońcu, pozwalając by podmuchy wiatru delikatnie owiewały jej drobną sylwetkę. Skupiona i pogrążona we własnych myślach zdawała się nawet nie zauważać jego obecności, a on nie mógł oderwać od niej wzroku. Bezmyślnie sunął spojrzeniem po jej umorusanych błotem policzkach i burzy irytująco weasleyowskich włosów, za wszelką cenę próbując zmusić się do odejścia. I właśnie wtedy dotarło do niego, że już nie potrafi się wycofać – mimo wszystko.
Opadł na krzesło obok niej, nerwowym gestem wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. Odgłos odpalanej zapałki najwyraźniej wyrwał ją z zamyślenia, bo otworzyła oczy i rzuciła mu badawcze spojrzenie.
— Co się stało?
Wzruszył ramionami, nawet na nią nie patrząc. Był zbyt dumny by przyznać jak bardzo czuł się zawiedziony i oszukany, ale bezbłędnie odczytała ponury grymas, który przeciął jego twarz. Pochyliła się lekko i w nozdrza natychmiast uderzył go delikatny zapach jej perfum.
— Nie zawsze musisz udawać, że wszystko jest w porządku, Draco.
— Wyrzucili mnie z drużyny — wycedził w końcu, wściekły, że po raz kolejny tak łatwo jej uległ. Nienawidził tego, że w jej obecności nie potrafił powstrzymać słów cisnących mu się na usta. — Uznaj to za chwilową niepoczytalność, ale mam cholerną nadzieję, że jutro skopiecie im tyłki.
— Mimo wszystko, spodziewałeś się tego — mruknęła, nieznacznie przysuwając się bliżej i kładąc mu rękę na ramieniu. — Od początku wiedziałeś, że w końcu uderzą.
— Najwyraźniej nie spodziewałem się, że tak mocno — szepnął, a jego policzki powlekły się delikatnym rumieńce. Jeszcze nigdy nie czuł się tak zażenowany swoją słabością. Odchrząknął, wpatrując się w jasnozieloną murawę boiska. — Nie masz pojęcia jakie to paskudne uczucie gdy wszystko czego się dotykasz zamienia się w gówno.
— Przestań się nad sobą użalać, Malfoy — rzuciła, parskając śmiechem. — Będzie dobrze.
— Piękne kłamstwo, Ginevra. Oboje wiemy, że to wszystko z góry skazane jest na porażkę — powiedział, zaciągając się papierosem. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie miał już na myśli Quidditcha. — Od miesięcy wypruwam sobie flaki starając się jakoś wam pomóc, ale najwyraźniej Śmierciożercy nigdy tak naprawdę mi nie ufali, bo po prostu nie jestem w stanie. Same kłamstwa, fałszywe tropy, myślisz, że nie wiem w jakim to stawia mnie świetle? W oczach McGonagall jestem nikim, najprawdopodobniej nigdy nie brała mnie na poważnie. W tej chwili jestem zupełnie sam po środku tej pieprzonej bitwy.
Nie odpowiedziała, ale jej milczenie było dla niego najlepszą odpowiedzią. Puściła jego rękę, ukrywając twarz w dłoniach.
— I jeszcze ty, z tą swoją cholerną gryfońską szlachetnością. Kim właściwie dla ciebie jestem, Ginny? Kolejnym nieudacznikiem w potrzebie? Złym chłopcem, który potrzebuje zbawienia? — Chwycił ją za ramiona i potrząsnął mocno, zmuszając do spojrzenia sobie w oczy. — Powiedz mi, Ginny.
— Naprawdę myślisz, że to takie łatwe? — warknęła w końcu, gniewnie marszcząc brwi. Wyswobodziła się z jego uścisku, nie zwracając uwagi na łzy spływające w dół jej policzków. — Nie masz pojęcia ile mnie to wszystko kosztuje, ile razy starałam się jakoś wyplątać z tej chorej sytuacji. Myślisz, że mnie to nie boli? Że nie rusza mnie to jak wyładowujesz na mnie wszystkie swoje krzywdy i frustracje? Naprawdę wydaje ci się, że potrafię beznamiętnie patrzeć na to jak powoli się wyniszczasz? Chryste, Draco, chociaż raz w życiu przestań zachowywać się jak pieprzony egoista i weź pod uwa...
Brutalnie wpił się w jej usta, nie pozwalając jej dokończyć. Jego ruchy były szybkie i niespokojne, jakby kompletnie nie potrafił nad sobą zapanować — jakby bał się, że po raz kolejny mu ucieknie. Przyciągnął ją do siebie, a ona nieporadnie zarzuciła mu ręce na szyję. Wsunęła dłoń między jego włosy i mocniej przycisnęła do siebie, poddając się sile jego pocałunków. Trwali tak, pozwalając by długo odpychane emocje uderzyły w nich ze zdwojoną siłą. Na kilka rozkosznych chwil oboje zapomnieli o wojnie, o swoich rodzinach, o gniewie i frustracjach. Liczyło się tylko tu i teraz.
Gdy wreszcie się od siebie oderwali wyraźnie czuł ślady jej łez na swoich policzkach. Ale tym razem żadne z nich nie odważyło się odejść.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XV - Choices

środa, 30.czerwca.2010, 23:25
Every time the blood runs to my head, I hear the ring
Something to remind me I'm not dead or caught in between
I listen to the voice and what it says, it's never sweet
Something I was born into I guess, living in me

No prize, nothing I pay will make it all alright
Nothing I see will make it lose sight
Nothing I take will make me sleep at night.
I am the enemy inside my head.


Obudził się z krzykiem, blady i roztrzęsiony, z trudem łapiąc oddech. Przez chwilę leżał w bezruchu na lepkiej od potu pościeli, a potem jęknął przeciągle i przykrył twarz dłońmi. Przerażające obrazy i sceny przewijały mu się przed oczami jak kadry z filmu, powodując drżenie całego ciała.
Podniósł się z łóżka i po omacku dotarł do okna, rozsuwając ciężkie kotary. Mdły blask księżyca rozproszył panujący w komnacie mrok i nagle dotarło do niego, że dormitorium jest puste, a gdzieś z oddali dochodzą odgłosy zabawy i zduszone wybuchy śmiechu. Wygiął wargi w gorzkim grymasie, starając się stłumić obezwładniające uczucie zazdrości. Zadziwiające, jak szybko przestał być jednym z nich.
Wskoczył na parapet i oparł głowę o zimną szybę, zapalając papierosa. Ciszę panującą w dormitorium przerywało jedynie echo jego ciężkiego oddechu i huk wiatru uderzającego w okienne framugi.
— Wszystko gra?
Draco podniósł wzrok, ale dopiero po chwili dostrzegł w ciemnościach szczupłą sylwetkę Blaise’a. Chłopak stał kilka metrów od niego, nonszalancko oparty o jedną ze ścian — z rękami w kieszeniach i lekceważącym uśmiechem na wąskich ustach sprawiał wrażenie nieco znudzonego.
— Nie sądziłem, że ze sobą rozmawiamy, Zabini.
Blaise parsknął śmiechem i usadowił się na parapecie, ważąc w dłoniach różdżkę.
— Obaj wiemy, że na moim miejscu zachowałbyś się dokładnie tak samo — mruknął Blaise, siląc się na beztroski ton. — Nie możesz się spodziewać, że wszystko będzie jak dawniej.
Ich relacji nigdy nie można było nazwać przyjaźnią w standardowym znaczeniu tego słowa — obaj byli przecież zbyt dumni, by kiedykolwiek przyznać że im na sobie zależy. Wychowywani wśród ślizgońskich ideałów nauczyli się nie ufać nikomu, szybko wykształcając w sobie przekonanie o własnej niezależności. Byli silni i samowystarczalni, a przynajmniej desperacko pragnęli w to wierzyć.
Chociaż żaden z nich nigdy by się do tego nie przyznał, z biegiem czasu pod grubą warstwą wzajemnych złośliwości wykształciła się między nimi nić porozumienia i wzajemnego szacunku. W chwilach słabości, gdy łapczywe hausty Ognistej Whisky rozwiązywały im języki, ich trywialne rozmowy o miłosnych podbojach przemieniały się w coś poważniejszego, przynosząc obu ulgę i ukojenie. Te niezręczne, bełkotliwe wyznania były tym, czego w głębi duszy obaj najbardziej potrzebowali — namiastką normalności i wzajemnego wsparcia.
Blaise wciąż był jedynym Ślizgonem, któremu Draco potrafiłby zaufać, ale jednocześnie nie mógł wymagać od niego całkowitej lojalności. Lata spędzone w Domu Węża nauczyły ich egoizmu i polegania tylko na sobie, niezależnie od okoliczności.
A prawdziwy Ślizgon zawsze wybierał zwycięską stronę.
— Wcale tego nie oczekuję — burknął Malfoy, a jego głos odbił się echem od ścian pustego dormitorium. Brzmiał trochę jak mały chłopiec zawiedzony urodzinowym prezentem.
— Nie myśl, że nie widzę jak bardzo cię to męczy — rzucił Blaise, a z jego ust zniknął ironiczny uśmiech. Obaj wiedzieli, że nie miał już na myśli ich wzajemnych stosunków. — Czasami słyszę jak krzyczysz przez sen.
Draco odchrząknął i wbił spojrzenie w swoje szczupłe dłonie, a jego blade policzki w ułamku sekundy powlekły się niezdrowym rumieńcem.
— Nie chcę o tym mówić.
— Jasne — mruknął Blaise, ale w jego głosie brzmiała nutka zawodu. — Jak sprawy z małą Weasley?
Draco zmarszczył brwi, czując strużkę zimnego potu sunącą w dół nagich pleców. Miał wrażenie, że jego własne serce zaraz rozerwie mu klatkę piersiową.
— Nie rób ze mnie kretyna, Draco, widzę, że coś jest na rzeczy. Od czasu tego szlabanu wgapiasz się w nią jak zakochany szczeniak.
— Nie pierdol, Zabini — warknął, może odrobinę zbyt szybko. — Draco Malfoy nigdy nie wygląda jak zakochany szczeniak.
— Jak uważasz. — Blaise parsknął śmiechem, powoli zsuwając się z parapetu. Po chwili znów spoważniał, a jego przystojną twarz przeciął nieodgadniony grymas. — Myślisz, że jest tego warta?
— Co masz na myśli?
Zabini wzruszył ramionami, wpychając dłonie do kieszeni czarnych dżinsów.
— To Weasley, Draco — rzucił, wzdrygając się z odrazą. — Gryfonka. Wielka miłość Pottera. Nie muszę ci chyba mówić, że to dość… niespodziewany wybór. Zabawa z nią w żaden sposób nie polepszy twojej sytuacji.
— Daj spokój — warknął, zaciskając dłonie na pudełku papierosów. Ze wszystkich sił starał się, by jego głos zabrzmiał przekonywująco. — Ona nic nie znaczy.
— Kamień z serca — mruknął Blaise, ruszając w kierunku drzwi. — Bałem się, że kompletnie ci odwaliło. Stoicie po przeciwnych stronach barykady, to nigdy nie mogłoby się udać.
Kiedy wyszedł, Draco zaśmiał się ponuro, z wściekłością ciskając pudełko o podłogę.
Nagle dotarło do niego, że nie stoi po żadnej ze stron — jest dokładnie po środku bitwy.


***


— Pani profesor? Chciała mnie pani widzieć?
Ginny przekroczyła próg gabinetu z duszą na ramieniu i wzrokiem wbitym w posadzkę.
— Panno Weasley, proszę usiąść.
McGonagall uniosła wzrok znad notatek, gestem wskazując jej jeden z dwóch potężnych foteli. Ginny na próżno starała się doszukać na jej twarzy jakichkolwiek oznak sympatii; miała zmarszczone brwi i mocno zaciśnięte usta.
Opadła na miejsce, rozpaczliwie szukając w myślach odpowiednich słów. Gdy wreszcie się odezwała, jej głos drżał z emocji:
— Pani profesor, wydaje mi się, że nie jestem odpowiednią osobą do tego zadania.
Odpowiedź nie nadchodziła, a Ginny czuła się co raz bardziej nieswojo. Spuściła wzrok, starając się nie widzieć zawodu w oczach McGonagall.
— Z całym szacunkiem, nie jestem pewna czy podjęła pani dobrą decyzję — dodała, walcząc z przemożoną chęcią rzucenia się do ucieczki. Nie wiedziała, czy postępuje słusznie, ale w tej chwili liczyło się tylko dobro zakonu. — Nie możemy mu ufać.
Wiedziała, że Draco nigdy jej nie wybaczy, ale w pewnym sensie robiła to dla jego własnego dobra. Od chwili gdy dostrzegła wahanie w jego oczach czuła, że nie był gotowy na tak duży krok. Nie wiedział w co się pakuje, zaślepiony rozpaczliwym pragnieniem bezpieczeństwa. Szukał w Zakonie schronienia przed mocą Voldemorta, podczas gdy właśnie tam najbardziej był na nią narażony.
— Podjęłam jedyną słuszną decyzję, panno Weasley. — Zimny głos McGonagall wyrwał ją z zamyślenia, zmuszając do spojrzenia jej prosto w oczy. — Profesor Dumbledore zwykł mawiać, że wszyscy zasługujemy na drugą szansę.
Podniosła się z fotela i powoli obeszła biurko, wbijając wzrok w migocącą w oddali taflę jeziora.
— Różnica polega na tym, że profesora Dumbledore’a nie ma już wśród nas — powiedziała, a w jej głosie zabrzmiała nuta wyrzutu. Zupełnie jakby nie potrafiła mu wybaczyć, że zostawił ją samą z całym tym bałaganem. — A wojna zbliża się nieuchronnie.
Ginny wstrzymała oddech, czując dreszcze biegnące wzdłuż kręgosłupa. Ton głosu nauczycielki był dziwnie pusty i obojętny, a jej twarz nie wyrażała żadnych emocji.
— Wybrałam panią, panno Weasley, bo tylko pani jest na tyle blisko młodego Malfoya, by dostarczać nam niezbędnych informacji.
— N-nie rozumiem.
— Nie możemy mu ufać, panno Weasley, dokładnie tak jak pani powiedziała. Możemy za to sprawić, żeby to młody Malfoy zaufał nam.
Ginny podniosła wzrok, mocniej ściskając ramię swojej skórzanej torby. Słowa McGonagall powoli zaczynały do niej docierać, na twarzy czuła uderzenia gorąca.
— Malfoyowie od lat są najbardziej zaufanymi ludźmi Voldemorta, jego prawą ręką — ciągnęła, najwyraźniej zupełnie nieświadoma zakłopotania swojej rozmówczyni. — Obie wiemy, że Draco tak łatwo nie zrezygnowałby ze swoich śmierciożerczych aspiracji, nie po tym wszystkim co stało się w zeszłym roku.
— Skąd taka pewność, pani profesor? — szepnęła Ginny, starając się, by jej głos zabrzmiał przekonująco.
— Byłby głupcem, gdyby teraz zdecydował się odwrócić od Voldemorta. To wymagałoby odwagi, którą pan Malfoy nie dysponuje — urwała, wreszcie odrywając wzrok od okna. Gdy zwróciła się w jej stronę, jej oczy błyszczały niezdrowo w mdłym świetle lamp. — Jestem przekonana, że jego zamiary są nieczyste, ale wciąż mamy szansę obrócić tę sytuację na naszą korzyść.
— Jak pani sobie to wyobraża? — warknęła Ginny, starając się przykryć swój wybuch przepraszającym uśmiechem. — Jeżeli Draco rzeczywiście jest podwójnym agentem, to oczywiste, że będzie kłamał. Nic od niego nie wyciągnę, póki sam nie będzie chciał mi powiedzieć.
— Niech pani zdobędzie jego zaufanie, panno Weasley. Jeżeli to będzie konieczne… zapewnię pani odpowiednie środki.
Musiała dostrzec wahanie w jej oczach, bo uśmiechnęła się lekko i założyła ręce na piersi.
— Profesor Dumbledore wierzył w ludzi tak samo mocno jak ty, Ginny. Ale teraz, gdy grozi nam śmiertelne niebezpieczeństwo, musimy kierować się zdrowym rozsądkiem.
Zamilkła i opadła na swój wyświechtany fotel, zatapiając się we własnych myślach. Ginny porwała z ziemi torbę i na drżących nogach ruszyła w stronę wyjścia.
— Nikt nigdy nie wygrał wojny dobrym sercem, panno Weasley.


***

Dochodziło południe gdy pojawił się na błoniach, osłaniając oczy przed rażącymi promieniami październikowego słońca. Żar lał się z nieba strumieniami, a powietrze było ciężkie i nieruchome. Z trudem łapał oddech.
Chociaż grube mury zamku zapewniały kojący chłód, uczniowie jak jeden mąż wylęgli na szkolną łąkę. Rozłożeni na kocach, z podwiniętymi mankietami i rozpiętymi koszulami sprawiali wrażenie kompletnie spokojnych i nieświadomych. Nagle myśl o tym, że gdzieś daleko ludzie walczą i giną w obronie swoich ideałów nawet jemu wydawała się dziwnie irracjonalna.
Wykrzywił wargi w ponurym uśmiechu i ruszył w stronę jeziora, na próżno szukając wzrokiem jakiejkolwiek zacienionej powierzchni. Nigdy nie lubił lata — spocone i świńsko zaróżowione ciała napawały go niesmakiem i obrzydzeniem, był jednak zbyt zmęczony samotnością, by spędzić kolejne popołudnie w dormitorium. Nawet rozwrzeszczany i irytujący tłum wydał mu się miłą odmianą od czterech ścian i przytłaczającej ciszy.
Skierował się w stronę potężnego dębu, rzucając ostre spojrzenie rozłożonej na kocach grupce pierwszoroczniaków.
— To moje miejsce — warknął, z dziką satysfakcją obserwując jak w popłochu zbierają porozrzucane naokoło książki i ubrania.
— Jak nisko trzeba upaść, żeby wyładowywać się na niewinnych dzieciach? Spokojnie, możecie zostać.
Odwrócił się gwałtownie, stając twarzą w twarz z Ginny.
— Jestem prefektem, mogę wykorzystywać moje przywileje — rzucił, z rozbawieniem obserwując niepewne miny jedenastolatków. — Zmiatajcie.
— Zostańcie — warknęła Ginny, nie spuszczając z niego wzroku. Kątem oka dostrzegł jak najpierw podnoszą się z ziemi, a potem gwałtownie opadają na swoje miejsca pod wpływem jej stanowczego głosu. — To żenujące, Malfoy.
— Ja osobiście bawię się świetnie — mruknął, mierząc wzrokiem jej odsłonięte nogi. Wyraźnie widział w jej oczach iskierki rozbawienia.
— Jesteś idiotą — stwierdziła dobitnie, obserwując zbierającą się wokół nich grupkę widzów. Kąciki jej ust drżały lekko, ale szybko zamaskowała uśmiech przerysowanym grymasem wściekłości. Po wszystkim co przeszli, po wszystkich gorzkich słowach wypowiedzianych w afekcie, „jesteś idiotą” brzmiało prawie jak komplement. Ale przecież tylko oni o tym wiedzieli.
Sięgnął po różdżkę, w teatralnym geście odrzucając włosy do tyłu i w tym samym momencie złowił jej spojrzenie. Po raz pierwszy od dawna widział ją tak radosną.
Zaklęcie zamarło mu na ustach i chwilę później w panice przedzierał się przez tłum, zostawiając Ginny z wyciągniętą różdżką i nierozumnym spojrzeniem wbitym w jego plecy.
Gdy biegiem ruszył w stronę zamku, w głowie wciąż pobrzmiewało mu echo słów Blaise’a.
To nigdy nie mogłoby się udać.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XIV - Closer to the edge

sobota, 19.czerwca.2010, 01:17
Don't say a word
Just come over and lie here with me
Cause I'm just about to set fire to everything I see
I want you so bad I'll go back on the things I believe
There, I just said it,
I'm scared you'll forget about me.

Dedykowane Kejt, bo jej słowa niezmiennie motywują mnie do działania. Przepraszam, bo naprawdę zasługujesz na coś lepszego.


— Nie mam pojęcia o czym pan mówi, Malfoy. Proszę wyjść, zajął pan już wystarczająco dużo mojego cza…
— Niech pani nie robi ze mnie idioty — warknął, nieco ostrzej niż planował. — Spędziłem całe życie wśród Śmierciożerców, wiem o Zakonie dużo więcej niż pani się spodziewa.
McGonagall zmarszczyła brwi i Draco po raz pierwszy widział ją tak… zakłopotaną. Rzuciła niespokojne spojrzenie w kierunku drzwi i machnęła różdżką, mrucząc pod nosem formułę wyciszającego zaklęcia. Przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, a gdy wreszcie się odezwała, jej głos był zaskakująco cichy i niepewny.
— Czego pan się spodziewa, panie Malfoy? Dlaczego miałabym panu uwierzyć?
— Jestem tu i to wydaje mi się wystarczającym powodem — mruknął, wykrzywiając wargi w grymasie zniecierpliwienia. Jego głos był chłodny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. — Nie oczekuję, że przyjmie mnie pani z otwartymi ramionami, ale oboje wiemy, że nasza współpraca może wam przynieść wiele korzyści.
— Korzyści albo strat. — Rzuciła mu znaczące spojrzenie i przez chwilę w milczeniu obracała w palcach różdżkę. — Na pewno jest pan świadomy, że szkoła znajduje się obecnie w dość… trudnej sytuacji. Okoliczności nie sprzyjają skonsultowaniu tej sprawy z jakimkolwiek innym członkiem Zakonu, więc wygląda na to, że decyzja należy do mnie.
Skinął głową i znów pogrążyli się w ciszy, tym razem dużo dłuższej i bardziej kłopotliwej. Przeczesał włosy palcami i ukrył twarz w dłoniach, mocno zaciskając powieki.
Nie wiedział dlaczego nagle podjął tak radykalne kroki, ale dopiero teraz dotarło do niego jak lekkomyślna była to decyzja. Zakon Feniksa tworzyli ludzie odważni i gotowi do najwyższych poświęceń, a on nie był i nigdy nie będzie jednym z nich. Sama myśl o kolejnym spotkaniu z Voldemortem napawała go strachem i obrzydzeniem i wątpił, czy kiedykolwiek znajdzie w sobie tyle siły by naprawdę się z nim zmierzyć. W tej chwili nie był nawet pewny czy tego chce; w końcu dużo łatwiej i bezpieczniej jest przyglądać się śmierci, jeśli stoi się po jej stronie.
— Zgadzam się.
Podniósł wzrok, nie wierząc własnym uszom. Dopiero teraz, gdy ostateczna decyzja została już podjęta, uderzyła go myśl, że może wcale nie postępuje słusznie. Nagle dotarło do niego, że właśnie staje się tym, kogo uczył się nienawidzić przez całe życie – plugawym zdrajcą krwi. Przygryzł wargę i mocniej zacisnął dłonie na oparciu krzesła, próbując zapanować nad szalejącą w nim falą emocji.
Prawda była taka, że podczas gdy innym członkom zakonu przyświecał szlachetny cel oczyszczenia świata ze zła i okrucieństwa, on szukał sposobu by wreszcie przejąć kontrolę nad własnym życiem. I nie był pewny czy wybrał dobrą drogę.
McGonagall musiała dostrzec wahanie w jego oczach, bo nagle rysy jej złagodniały i po raz pierwszy obdarzyła go cieniem uśmiechu.
— Musisz być pewien, że chcesz to zrobić, Draco. Ostateczne decyzja o twoim wstąpieniu do Zakonu nie zostanie podjęta póki nie udowodnisz mi, że naprawdę ci zależy — mruknęła McGonagall, marszcząc brwi.
— Jestem pewien — burknął, może odrobinę zbyt szybko. Zacisnęła wargi, jakby nie zauważając nuty paniki w jego głosie.
— W taki razie będzie ci potrzebny opiekun — rzuciła, masując dłońmi obolałe skronie. — Ja jestem zbyt zajęta sprawami szkoły by, za przeproszeniem, marnować czas na twoje szkolenie.
— Szkolenie? — warknął, zakładając ręce na piersi. — Nie wydaje mi się, żebym potrzebował jakiegokolwiek szkol…
— Panie Malfoy, proszę mi nie przerywać. Nie mam na myśli szkolenia w zakresie magii, oczywiście. Chodzi mi raczej o kogoś, kto wprowadzi pana w struktury zakonu, zaprezentuje ideologię i pomoże zrozumieć co i jak.
— Struktury i ideologie? — Parsknął śmiechem, unosząc brwi w ironicznym geście. — Myślałem, że chcecie po prostu skopać tyłek Voldemortowi.
McGonagall obrzuciła go piorunującym spojrzeniem, ale kąciki ust lekko jej zadrgały.
— To nie jest takie proste jak się wydaje — mruknęła, stukając palcami w blat biurka. — Proponuję pannę Weasley.
Minęło kilka sekund zanim sens jej słów w końcu do niego dotarł. Ze świstem wciągnął powietrze i wytrzeszczył oczy, niepewny czy żartuje.
— Pani profesor, to nie jest najlepszy pomysł — odparł chłodno, oczami wyobraźni widząc wykrzywioną grymasem wściekłości twarz Ginny. Doskonale wiedział, że zmuszanie jej do obcowania z nim tylko pogorszyłoby sytuację.
— Nie ukrywam, że właśnie takiej reakcji się spodziewałam, panie Malfoy — rzuciła oschle, poprawiając okulary. — To jedna z tych rzeczy, których wciąż nie jest pan w stanie pojąć — mamy wojnę i teraz nie liczą się pańskie uprzedzenia. Panna Weasley będzie idealna do tego zadania; jest jedyną osobą w całej szkole, która ma jakiekolwiek pojęcie o działalności Zakonu i wasz konflikt nie ma tu żadnego znaczenia. Nie zmienię zdania, Draco.
— To pani decyzja — mruknął, powoli podnosząc się z fotela. — Dziękuję za poświęcenie mi swojej uwagi.
Kiedy chwilę później odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kątem oka dostrzega jak nieruchomy dotąd portret Dumbledore’a uśmiecha się lekko i mruga do niego znad okularów-połówek.


**


Ginny parsknęła śmiechem, po raz kolejny przemierzając w tę i z powrotem szerokość komnaty. Stukot jej obcasów odbijał się echem od kamiennych ścian, rytmicznie akompaniując jej wściekłym pomrukom. Znajdowali się właśnie w jednej z licznych opustoszałych klas i Draco Malfoy powoli tracił cierpliwość.
— Nie mogę w to uwierzyć, to musi być jakieś chory żart…
Przewrócił oczami i odetchnął głęboko, walcząc z przemożoną chęcią podstawienia jej nogi.
— Ile jeszcze będziemy odgrywać te same scenki? — warknął, unosząc brwi w geście irytacji. — Wpadamy do jakiejś sali, kłócimy się, a potem ty wybiegasz. Darujmy sobie dramatyzowanie i lepiej weźmy się do pracy.
Zamilkła gwałtownie, zbita z tropu. Obserwował jak jej twarz pokrywa się rumieńcem, a dłonie bezwiednie zaciskają w pięści i poczuł coś na kształt satysfakcji.
— To, że jakimś cudem udało ci się przekonać do siebie McGonagall nie oznacza, że ja też nabiorę się na twoje sztuczki — prychnęła, zakładając ręce na piersi.
— Wcale tego nie oczekuję, Weasley — rzucił chłodno, siadając na parapecie. — Możemy zaczynać?
— Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań.
Zaśmiał się ironicznie, a potem wetknął papierosa do ust i zapalił, w milczeniu przyglądając się kłębom dymu.
— Nie sądzę, żeby pogawędki ze mną należały do twoich obowiązków.
— A ja nie sądzę, że bycie kompletnym idiotą należy do twoich — sarknęła, rzucając mu mordercze spojrzenie. — Skoro mamy razem pracować, musisz być ze mną szczery. Jeżeli wydaje ci się, że Zakon to jakaś forma magicznych podchodów, opierająca się tylko na bezcelowym wymachiwaniu różdżką, będziesz rozczaro…
— Zgoda, zgoda, tylko błagam, daruj sobie te moralizatorskie kazania — warknął, wyrzucając niedopałek przez okno. — Masz jedno pytanie.
— Dlaczego się zgodziłeś? — Spytała bez ogródek, a głos lekko jej się załamał. — Dlaczego przyjąłeś to zadanie, Malfoy?
Zmarszczył brwi i zeskoczył z parapetu, wpychając drżące dłonie do kieszeni.
— Nie chcę o tym mówić.
— Mieliśmy umowę.
— Nie muszę jej dotrzymać – uciął, rzucając jej nieodgadnione spojrzenie spod zmrużonych powiek.
— Jak w takim razie chcesz zostać członkiem Zakonu? Chociaż raz w życiu bądź mężczyzną i przyznaj się do błędów.
— Co chcesz usłyszeć, Ginny? Że Czarny Pan mnie zmusił? To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż ci się wydaje — warknął, unikając jej spojrzenia.
— Zrozumiem.
Podniósł wzrok, krzywiąc się nieznacznie. Podświadomie czuł, że ta rozmowa zakończy się kolejną kłótnią i kolejnym trzaśnięciem drzwiami, ale nagle dotarło do niego jak bardzo potrzebuje teraz tej szczerości. Wreszcie nadszedł czas by zrzucił z siebie cały ciężar ostatnich miesięcy.
— W pewnym sensie chciałem to zrobić — powiedział w końcu, ostrożnie dobierając słowa. — Pragnąłem mu zaimponować, pokazać się od jak najlepszej strony. Byłem cholernie dumny, że właśnie mnie wybrał do tego zadania… Wtedy jeszcze zamordowanie drugiego człowieka wydawało mi się banalnie łatwe.
— A nie jest? — szepnęła, a słowa uwięzły jej w gardle.
— To już drugie pytanie — wymamrotał, wbijając wzrok w podłogę. — Ale nie, nie jest łatwe.
Milczał przez chwilę, zatopiony we własnych myślach. Gdy po kilku sekundach znów zaczął mówić, głos mu zadrżał.
— Kiedy dotarło do mnie, że to mnie przerasta, zagroził, że zabije moją matkę. Mówił, że będzie musiała zapłacić za błędy moje i mojego ojca.
Wydała z siebie zduszony jęk, obserwując jak drżą mu wargi, a oczy ciemnieją i tracą blask.
— Wiedziałem, że ojciec nie będzie w stanie jej obronić; on zawsze przedkładał Voldemorta ponad nasze dobro i bezpieczeństwo — szepnął. — Nie sądzę, by potrafił mu się przeciwstawić. Nie wiem czy w ogóle by próbował.
Wyprostował się na krześle i odchrząknął, zawstydzony własną szczerością.
— Dopiero później zrozumiałem, że od początku byłem tylko zabawką w jego rękach. Nigdy nie traktował mnie poważnie, nigdy nie wierzył, że wypełnię zadanie. Przez wiele miesięcy z lubością obserwował jak tracę zmysły, jak wariuję, starając się zdusić w sobie wszystkie ludzkie uczucia. W imię chorej gierki zmuszał mnie do rzeczy, o których chcę jak najszybciej zapomnieć.
— Draco, ja…
— Masz swoją odpowiedź, Weasley. Taka szczerość ci wystarczy?
Podniósł się z krzesła, nieporadnie próbując ukryć przed nią ślady łez. Spodziewał się, że ucieknie, tak jak robiła to za każdym razem gdy napięcie między nimi stawało się nie do zniesienia — ale tym razem nie ruszyła się z miejsca. Stała przed nim z mieszaniną lęku i współczucia wypisaną na twarzy, z oczami zaszklonymi od łez. Odwrócił wzrok, przeczesując włosy drżącymi palcami.
Nie chciał jej litości. Sama myśl o tym, że w jej oczach jawi się teraz jako słaby i nieporadny, napawała go wystarczającym obrzydzeniem i odrazą.
Ale gdy jej dłoń niepewnie dotknęła jego ręki, poczuł jak z serca spada mu ogromny ciężar. W jednej chwili duma przestała mieć znaczenie, liczyło się tylko to błogie uczucie ciepła rozchodzącego się po całym jego ciele.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział XIII - Heavy

wtorek, 15.czerwca.2010, 21:56
I can’t tell you what it really is
I can only tell you what it feels like
And right now it’s a steel knife in my windpipe
i can’t breathe but I still fight while I can fight.


Szedł opustoszałym korytarzem, szybkim krokiem kierując się w stronę lochów. Ze spojrzeniem wbitym w swoje skórzane półbuty, starał się nie zwracać uwagi na pojedyncze sylwetki mijanych uczniów. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ich oskarżycielskie spojrzenia wypalają dziury w całym jego ciele, zupełnie jakby ktoś napisał mu na czole „Nazywam się Draco Malfoy i jestem winny śmierci Albusa Dumbledore’a”.
A przecież nie mogli o tym wiedzieć, nikt nie wiedział.
Chciał odepchnąć od siebie wspomnienia ostatnich miesięcy, ale jakkolwiek mocno próbował zapomnieć, poczucie winy zawsze powracało. Każdej nocy budził się zlany potem, starając się wyrzucić z głowy obraz pustych oczu Dumbledore’a i jeszcze jednych, ciemnobrązowych, patrzących na niego z mieszaniną lęku i zawodu. Nie potrafił żyć ze świadomością, że jest dla niej tylko nic niewartym śmieciem.
Stała lekko pochylona, oparta o jeden z potężnych posągów. Długie włosy upięte miała w niedbały kok, odsłaniający delikatną linię jej obojczyków. Ubrana w dżinsy i ciemną marynarkę wyglądała zaskakująco pięknie, chociaż oczy miała zaczerwienione i podkrążone, a usta nienaturalnie sine.
Rozejrzał się szybko po prawie pustym korytarzu, a potem bez chwili wahania wciągnął ją do jednej z nieużywanych klas. Obserwował jak zdziwienie wypisane na jej twarzy gwałtownie ustępuje miejsca frustracji.
— Czego chcesz?! — warknęła, celując w niego różdżką. Po raz pierwszy widział ją tak wściekłą i zdeterminowaną jednocześnie; miała zaciśnięte wargi, a jej złowrogo zmrużone oczy wyrażały tylko obrzydzenie i nienawiść. — Mało ci jeszcze?
— Chciałem porozmawiać — bąknął, przerażony jej wybuchem. Dopiero po kilku sekundach odzyskał animusz i pewność siebie. — Musimy wyjaśnić kilk…
— Nie mamy o czym rozmawiać — ucięła, mocniej zaciskając palce na różdżce. — Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
— Szybko zmieniłaś zdanie, Weasley — warknął, nawet nie próbując zapanować nad zalewającą go falą wściekłości. Nie miał prawa być zły, ale nie potrafił powstrzymać słów cisnących mu się na usta. Tygodnie upokorzeń znoszonych w milczeniu i tłumionych emocji wreszcie dały o sobie znać. — Jeszcze niedawno wydawało mi się, że tylko tego pragniesz.
— ZAMKNIJ SIĘ! — krzyknęła, a z jej różdżki trysnęło kilka jaskrawoczerwonych iskier. — Popełniłam błąd i żałuję, że kiedykolwiek myślałam o tobie inaczej niż jak o żałosnym tchórzu. Jak mogłeś mnie tak oszukać?
— Czego oczekiwałaś, Weasley? Nie wiesz jak to jest, nie masz POJĘCIA co przechodziłem przez ostatnie miesiące.
— Nie rozśmieszaj mnie! — Parsknęła wymuszonym śmiechem, nie spuszczając z niego wzroku. Jesteś pieprzonym Śmierciożercą, to zadanie musiało być dla ciebie jak spełnienie marzeń! Wreszcie byłeś górą, wreszcie miałeś szansę zaistnieć w oczach swojego pana. Stojąc naprzeciw starego i rozbrojonego człowieka, z różdżką w dłoni i bandą kryminalistów za plecami, musiało wydawać ci się, że wreszcie jesteś kimś.
— Nie wierz we wszystko, co mówi ci Potter — wycedził, ledwo utrzymując się na nogach. Rozpaczliwie szukał w myślach odpowiednich słów, ale sekundy mijały, a on nadal milczał.
— Odebrało ci mowę, Malfoy? Wydawało mi się, że chciałeś porozmawiać. — Wykrzywiła wargi w ironicznym uśmiechu, by po chwili teatralnym gestem uderzyć się otwartą dłonią w czoło. — Zapomniałam, że bez wsparcia swoich goryli nie jesteś już taki odważny. Ale najwyraźniej nawet oni nie chcą mieć z tobą nic wspólnego – nawet w tym waszym plugawym domu istnieją pewne granice tchórz…
— DRĘTWOTA! — ryknął, nie zwracając uwagi na jej przerażone spojrzenie. W tamtej chwili nie obchodził go fakt, że jest młodsza, że jest dziewczyną, że atakuje ją z zaskoczenia. Chciał tylko żeby wreszcie przestała mówić, żeby przestała rozrywać mu serce.
Uskoczyła w ostatnim momencie, a snop niebieskich iskier śmignął jej koło ucha.
— Expelliarmus! — wrzasnęła i dopiero teraz dostrzegł ślady łez na jej zaróżowionych policzkach. Odbił zaklęcie i ruszył w jej stronę, dysząc ciężko.
— To wcale nie musi tak wyglądać — rzucił, powoli opuszczając różdżkę. Nie był pewny, czy to dobra decyzja. Nie teraz, gdy widział w jej oczach tylko wściekłość.
— Jesteś dla mnie nikim, Malfoy — warknęła, rzucając mu ostatnie, nienawistne spojrzenie. Nim wybiegła z komnaty usłyszał jeszcze ponure echo jej słów:
— Trzymaj się ode mnie z daleka.


***


— Ginewra Weasley. — Zimny głos Alecto Carrow raptownie wyrwał ją z zamyślenia. Z łoskotem podniosła się z miejsca, napotykając przeszywające spojrzenie pustych oczu nauczycielki. Jej czarna szata opinała się paskudnie na obfitych piersiach i szerokich biodrach, a potężne ramiona unosiły się lekko w rytm chrapliwych oddechów. Lśniąca od potu twarz wydawała zniszczona i ogorzała od wiatru, a długie, ciemne włosy zaczesane miała do tyłu. Czuć było od niej stęchlizną i czymś jeszcze, czymś, czego Ginny nie potrafiła zdefiniować. — Chciałabym poznać twoją opinię.
Rzuciła rozpaczliwe spojrzenie w stronę przerażonego Colina, ale on nie był w stanie wykrztusić słowa. Blady i przerażony dygotał na całym ciele, unikając jej wzroku.
— Czy pani profesor mogłaby powtórzyć pytanie? — wymamrotała, starając się ukryć przed nauczycielką drżące ze zdenerwowania dłonie.
— Ginny, pozwól, że coś ci wyjaśnię. — Głos Alecto był teraz zadziwiająco słodki i ciepły, ale wyraźnie słyszała w nim nutę jakiejś chorobliwej desperacji. — Być może profesor Burbage — parsknęła krótkim, histerycznym śmiechem — pozwalała wam na taką swawolę, ale moje lekcje będą zupełnie inne. Złota era Dumbledore’a minęła i teraz wszyscy będziecie musieli dostosować się do nowych reguł. Weasley, na środek!
Posłusznie zajęła miejsce, mocno zaciskając pięści.
— Chcę żebyście wszyscy zobaczyli co czeka tych, którzy w jakikolwiek sposób sprzeciwią się moim zasadom. Może wydawać wam się, że jesteście silniejsi mając Pottera po swojej stronie, ale prawda jest taka, że w tym pojedynku nie macie szans. Zacznijcie godzić się z myślą, że gdziekolwiek udacie się po pomoc, jakkolwiek głośno będziecie krzyczeć, ratunek nie nadejdzie.
Obróciła się w stronę Ginny, powoli obchodząc ją naokoło. Wyglądała jak hiena, krążąca wokół swojej ofiary, czekająca na dogodną chwilę by zaatakować.
— Co do ciebie, Ginewro, ty i twoja plugawa rodzina już dawno powinniście ponieść karę za wasze wybory. Zdrajcy krwi nie zasługują na łaskę Czarnego Pana — warknęła, a jej oczy rozjarzyły się chorobliwym blaskiem. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, wyciągnęła zza pazuchy różdżkę i wrzasnęła: — Crucio!
Ginny opadła na kolana wrzeszcząc wniebogłosy, a potem chwyciła się oburącz za głowę i skuliła na ziemi. Ból, który czuła był nieporównywalny z niczym, co kiedykolwiek przeżyła — jakby tysiące sztyletów rytmicznie wbijało się w jej drobne ciało. Krzyczała rozpaczliwie, ostatkiem sił starając się zachować resztki przytomności. Wreszcie, po sekundach, które wydawały się wiecznością, zaklęcie przestało działać.
Leżała na lodowatej, kamiennej posadzce z trudem łapiąc oddech. Gdy wreszcie uniosła głowę, dostrzegła wykrzywione grymasem przerażenia twarze pozostałych uczniów, bladych i drżących jak jeszcze nigdy. Widziała stróżki łez na policzkach, widziała na ich skórze głębokie ślady wbijanych paznokci. Najodważniejsi z odważnych, Gryfoni jak jeden mąż ulegli potędze Alecto Carrow.
— Może chciałabyś powiedzieć coś swoim przyjaciołom, Ginny?
Powoli podniosła się z kolan i bezsilnie oparła się o blat nauczycielskiego biurka. Gdy wreszcie przemówiła, jej głos drżał niespokojnie, cichy i słaby:
— Nie przypominam sobie, żebyśmy były na „ty”.


***


Gabinet profesor McGonagall był niewielki i przytulny, upstrzony setkami eleganckich bibelotów i pamiątek. Wzdłuż ścian ciągnęły się potężne, mahoniowe regały, na których piętrzyły się stosy opasłych tomisk; każda książka obita była czerwoną skórą, a złote litery tytułów mieniły się delikatnie w ciepłym świetle wiszących u sufitu lamp. Między kolejnymi rzędami grubych woluminów poustawiane były puchary i trofea, idealnie czyste i wypolerowane. Na środku gabinetu stało sporej wielkości biurko, a tuż przed nim dwa ogromne fotele obite bordowym materiałem. Całe pomieszczenie wypełniał zapach świec i herbaty.
— Panie Malfoy, nie wiem czego pan tutaj szuka. — Minerwa McGonagall zacisnęła usta i złożyła ręce na piersi, ze wszystkich sił starając się zapanować nad gniewem i rozczarowaniem. — Po tym wszystkim co stało się w zeszłym roku, powinien pan dziękować Bogu, że nie został wydalony ze szkoły. Niech mi pan uwierzy, gdyby to ode mnie zależało, nigdy nie pozwoliłabym panu na powrót do Hogwartu.
Draco drgnął lekko na dźwięk jej chłodnego tonu. Przełknął ślinę, z trudem hamując przemożoną chęć ucieczki. Wpatrywał się w surową, pociągłą twarz nauczycielki i ze wszystkich siła starał się wytrzymać jej piorunujące spojrzenie. Czuł nieprzyjemną suchość w ustach, a serce waliło mu jak oszalałe. Nie mógł uwierzyć, że po tylu miesiącach bólu i wyrzeczeń, był o krok od podjęcia najważniejszej decyzji w swoim życiu.
— Pani profesor, rozumiem, że teraz trudno pani zobaczyć we mnie kogoś więcej niż zdrajcę i Śmierciożercę, ale nie przyszedłem tu błagać o wybaczenie.
Prychnęła cicho, unosząc brwi w geście irytacji.
— W takim razie może zechce mnie pan oświecić, panie Malfoy.
— Jestem tu, bo tylko pani mogę zaufać. — Odetchnął głęboko, a potem spojrzał prosto w jej chmurne, ciemne oczy. — Chcę wstąpić do Zakonu.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


2009
maj (1)
czerwiec (1)
lipiec (1)
sierpien (1)
listopad (2)
grudzień (1)

2010
styczeń (1)
luty (1)
maj (3)
czerwiec (4)
wrzesień (1)

2011
wrzesień (1)



Zderzenie
Dodaj do ulubionych

Szablon wykonała Giwi tylko i wyłącznie dla Retii.