Don't say a word
Just come over and lie here with me
Cause I'm just about to set fire to everything I see
I want you so bad I'll go back on the things I believe
There, I just said it,
I'm scared you'll forget about me.
Dedykowane Kejt, bo jej słowa niezmiennie motywują mnie do działania. Przepraszam, bo naprawdę zasługujesz na coś lepszego.
— Nie mam pojęcia o czym pan mówi, Malfoy. Proszę wyjść, zajął pan już wystarczająco dużo mojego cza…
— Niech pani nie robi ze mnie idioty — warknął, nieco ostrzej niż planował. — Spędziłem całe życie wśród Śmierciożerców, wiem o Zakonie dużo więcej niż pani się spodziewa.
McGonagall zmarszczyła brwi i Draco po raz pierwszy widział ją tak… zakłopotaną. Rzuciła niespokojne spojrzenie w kierunku drzwi i machnęła różdżką, mrucząc pod nosem formułę wyciszającego zaklęcia. Przez chwilę wpatrywała się w niego w milczeniu, a gdy wreszcie się odezwała, jej głos był zaskakująco cichy i niepewny.
— Czego pan się spodziewa, panie Malfoy? Dlaczego miałabym panu uwierzyć?
— Jestem tu i to wydaje mi się wystarczającym powodem — mruknął, wykrzywiając wargi w grymasie zniecierpliwienia. Jego głos był chłodny i pozbawiony jakichkolwiek emocji. — Nie oczekuję, że przyjmie mnie pani z otwartymi ramionami, ale oboje wiemy, że nasza współpraca może wam przynieść wiele korzyści.
— Korzyści albo strat. — Rzuciła mu znaczące spojrzenie i przez chwilę w milczeniu obracała w palcach różdżkę. — Na pewno jest pan świadomy, że szkoła znajduje się obecnie w dość… trudnej sytuacji. Okoliczności nie sprzyjają skonsultowaniu tej sprawy z jakimkolwiek innym członkiem Zakonu, więc wygląda na to, że decyzja należy do mnie.
Skinął głową i znów pogrążyli się w ciszy, tym razem dużo dłuższej i bardziej kłopotliwej. Przeczesał włosy palcami i ukrył twarz w dłoniach, mocno zaciskając powieki.
Nie wiedział dlaczego nagle podjął tak radykalne kroki, ale dopiero teraz dotarło do niego jak lekkomyślna była to decyzja. Zakon Feniksa tworzyli ludzie odważni i gotowi do najwyższych poświęceń, a on nie był i nigdy nie będzie jednym z nich. Sama myśl o kolejnym spotkaniu z Voldemortem napawała go strachem i obrzydzeniem i wątpił, czy kiedykolwiek znajdzie w sobie tyle siły by
naprawdę się z nim zmierzyć. W tej chwili nie był nawet pewny czy tego chce; w końcu dużo łatwiej i bezpieczniej jest przyglądać się śmierci, jeśli stoi się po jej stronie.
— Zgadzam się.
Podniósł wzrok, nie wierząc własnym uszom. Dopiero teraz, gdy ostateczna decyzja została już podjęta, uderzyła go myśl, że może wcale nie postępuje słusznie. Nagle dotarło do niego, że właśnie staje się tym, kogo uczył się nienawidzić przez całe życie – plugawym zdrajcą krwi. Przygryzł wargę i mocniej zacisnął dłonie na oparciu krzesła, próbując zapanować nad szalejącą w nim falą emocji.
Prawda była taka, że podczas gdy innym członkom zakonu przyświecał szlachetny cel oczyszczenia świata ze zła i okrucieństwa, on szukał sposobu by wreszcie przejąć kontrolę nad własnym życiem. I nie był pewny czy wybrał dobrą drogę.
McGonagall musiała dostrzec wahanie w jego oczach, bo nagle rysy jej złagodniały i po raz pierwszy obdarzyła go cieniem uśmiechu.
— Musisz być pewien, że chcesz to zrobić, Draco. Ostateczne decyzja o twoim wstąpieniu do Zakonu nie zostanie podjęta póki nie udowodnisz mi, że naprawdę ci zależy — mruknęła McGonagall, marszcząc brwi.
— Jestem pewien — burknął, może odrobinę zbyt szybko. Zacisnęła wargi, jakby nie zauważając nuty paniki w jego głosie.
— W taki razie będzie ci potrzebny opiekun — rzuciła, masując dłońmi obolałe skronie. — Ja jestem zbyt zajęta sprawami szkoły by, za przeproszeniem, marnować czas na twoje szkolenie.
— Szkolenie? — warknął, zakładając ręce na piersi. — Nie wydaje mi się, żebym potrzebował jakiegokolwiek szkol…
— Panie Malfoy, proszę mi nie przerywać. Nie mam na myśli szkolenia w zakresie magii, oczywiście. Chodzi mi raczej o kogoś, kto wprowadzi pana w struktury zakonu, zaprezentuje ideologię i pomoże zrozumieć co i jak.
— Struktury i ideologie? — Parsknął śmiechem, unosząc brwi w ironicznym geście. — Myślałem, że chcecie po prostu skopać tyłek Voldemortowi.
McGonagall obrzuciła go piorunującym spojrzeniem, ale kąciki ust lekko jej zadrgały.
— To nie jest takie proste jak się wydaje — mruknęła, stukając palcami w blat biurka. — Proponuję pannę Weasley.
Minęło kilka sekund zanim sens jej słów w końcu do niego dotarł. Ze świstem wciągnął powietrze i wytrzeszczył oczy, niepewny czy żartuje.
— Pani profesor, to nie jest najlepszy pomysł — odparł chłodno, oczami wyobraźni widząc wykrzywioną grymasem wściekłości twarz Ginny. Doskonale wiedział, że zmuszanie jej do obcowania z nim tylko pogorszyłoby sytuację.
— Nie ukrywam, że właśnie takiej reakcji się spodziewałam, panie Malfoy — rzuciła oschle, poprawiając okulary. — To jedna z tych rzeczy, których wciąż nie jest pan w stanie pojąć — mamy wojnę i teraz nie liczą się pańskie uprzedzenia. Panna Weasley będzie idealna do tego zadania; jest jedyną osobą w całej szkole, która ma jakiekolwiek pojęcie o działalności Zakonu i wasz konflikt nie ma tu żadnego znaczenia. Nie zmienię zdania, Draco.
— To pani decyzja — mruknął, powoli podnosząc się z fotela. — Dziękuję za poświęcenie mi swojej uwagi.
Kiedy chwilę później odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku wyjścia, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kątem oka dostrzega jak nieruchomy dotąd portret Dumbledore’a uśmiecha się lekko i mruga do niego znad okularów-połówek.
**
Ginny parsknęła śmiechem, po raz kolejny przemierzając w tę i z powrotem szerokość komnaty. Stukot jej obcasów odbijał się echem od kamiennych ścian, rytmicznie akompaniując jej wściekłym pomrukom. Znajdowali się właśnie w jednej z licznych opustoszałych klas i Draco Malfoy powoli tracił cierpliwość.
— Nie mogę w to uwierzyć, to musi być jakieś chory żart…
Przewrócił oczami i odetchnął głęboko, walcząc z przemożoną chęcią podstawienia jej nogi.
— Ile jeszcze będziemy odgrywać te same scenki? — warknął, unosząc brwi w geście irytacji. — Wpadamy do jakiejś sali, kłócimy się, a potem ty wybiegasz. Darujmy sobie dramatyzowanie i lepiej weźmy się do pracy.
Zamilkła gwałtownie, zbita z tropu. Obserwował jak jej twarz pokrywa się rumieńcem, a dłonie bezwiednie zaciskają w pięści i poczuł coś na kształt satysfakcji.
— To, że jakimś cudem udało ci się przekonać do siebie McGonagall nie oznacza, że ja też nabiorę się na twoje sztuczki — prychnęła, zakładając ręce na piersi.
— Wcale tego nie oczekuję, Weasley — rzucił chłodno, siadając na parapecie. — Możemy zaczynać?
— Najpierw odpowiesz mi na kilka pytań.
Zaśmiał się ironicznie, a potem wetknął papierosa do ust i zapalił, w milczeniu przyglądając się kłębom dymu.
— Nie sądzę, żeby pogawędki ze mną należały do twoich obowiązków.
— A ja nie sądzę, że bycie kompletnym idiotą należy do twoich — sarknęła, rzucając mu mordercze spojrzenie. — Skoro mamy razem pracować, musisz być ze mną szczery. Jeżeli wydaje ci się, że Zakon to jakaś forma magicznych podchodów, opierająca się tylko na bezcelowym wymachiwaniu różdżką, będziesz rozczaro…
— Zgoda, zgoda, tylko błagam, daruj sobie te moralizatorskie kazania — warknął, wyrzucając niedopałek przez okno. — Masz jedno pytanie.
— Dlaczego się zgodziłeś? — Spytała bez ogródek, a głos lekko jej się załamał. — Dlaczego przyjąłeś to zadanie, Malfoy?
Zmarszczył brwi i zeskoczył z parapetu, wpychając drżące dłonie do kieszeni.
— Nie chcę o tym mówić.
— Mieliśmy umowę.
— Nie muszę jej dotrzymać – uciął, rzucając jej nieodgadnione spojrzenie spod zmrużonych powiek.
— Jak w takim razie chcesz zostać członkiem Zakonu? Chociaż raz w życiu bądź mężczyzną i przyznaj się do błędów.
— Co chcesz usłyszeć, Ginny? Że Czarny Pan mnie
zmusił? To wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż ci się wydaje — warknął, unikając jej spojrzenia.
— Zrozumiem.
Podniósł wzrok, krzywiąc się nieznacznie. Podświadomie czuł, że ta rozmowa zakończy się kolejną kłótnią i kolejnym trzaśnięciem drzwiami, ale nagle dotarło do niego jak bardzo potrzebuje teraz tej szczerości. Wreszcie nadszedł czas by zrzucił z siebie cały ciężar ostatnich miesięcy.
— W pewnym sensie chciałem to zrobić — powiedział w końcu, ostrożnie dobierając słowa. — Pragnąłem mu zaimponować, pokazać się od jak najlepszej strony. Byłem cholernie dumny, że właśnie mnie wybrał do tego zadania… Wtedy jeszcze zamordowanie drugiego człowieka wydawało mi się banalnie łatwe.
— A nie jest? — szepnęła, a słowa uwięzły jej w gardle.
— To już drugie pytanie — wymamrotał, wbijając wzrok w podłogę. — Ale nie, nie jest łatwe.
Milczał przez chwilę, zatopiony we własnych myślach. Gdy po kilku sekundach znów zaczął mówić, głos mu zadrżał.
— Kiedy dotarło do mnie, że to mnie przerasta, zagroził, że zabije moją matkę. Mówił, że będzie musiała zapłacić za błędy moje i mojego ojca.
Wydała z siebie zduszony jęk, obserwując jak drżą mu wargi, a oczy ciemnieją i tracą blask.
— Wiedziałem, że ojciec nie będzie w stanie jej obronić; on zawsze przedkładał Voldemorta ponad nasze dobro i bezpieczeństwo — szepnął. — Nie sądzę, by potrafił mu się przeciwstawić. Nie wiem czy w ogóle by próbował.
Wyprostował się na krześle i odchrząknął, zawstydzony własną szczerością.
— Dopiero później zrozumiałem, że od początku byłem tylko zabawką w jego rękach. Nigdy nie traktował mnie poważnie, nigdy nie wierzył, że wypełnię zadanie. Przez wiele miesięcy z lubością obserwował jak tracę zmysły, jak wariuję, starając się zdusić w sobie wszystkie ludzkie uczucia. W imię chorej gierki zmuszał mnie do rzeczy, o których chcę jak najszybciej zapomnieć.
— Draco, ja…
— Masz swoją odpowiedź, Weasley. Taka szczerość ci wystarczy?
Podniósł się z krzesła, nieporadnie próbując ukryć przed nią ślady łez. Spodziewał się, że ucieknie, tak jak robiła to za każdym razem gdy napięcie między nimi stawało się nie do zniesienia — ale tym razem nie ruszyła się z miejsca. Stała przed nim z mieszaniną lęku i współczucia wypisaną na twarzy, z oczami zaszklonymi od łez. Odwrócił wzrok, przeczesując włosy drżącymi palcami.
Nie chciał jej litości. Sama myśl o tym, że w jej oczach jawi się teraz jako słaby i nieporadny, napawała go wystarczającym obrzydzeniem i odrazą.
Ale gdy jej dłoń niepewnie dotknęła jego ręki, poczuł jak z serca spada mu ogromny ciężar. W jednej chwili duma przestała mieć znaczenie, liczyło się tylko to błogie uczucie ciepła rozchodzącego się po całym jego ciele.